Wydawca: Officyna
Trans, czyli transfer, transgresja, translacja
Jerzy Jarniewicz
Czy tłumacz ma tylko obowiązki, czy też jakieś prawa? Czy da się tłumaczyć poezję konkretną i czy jest coś, czego przełożyć się nie da? Czy istnieje przekład polityczny? Czy przekłady się starzeją i co to właściwie znaczy? Czy przypisy tłumacza są konieczne i czemu (lub komu) służą? Jak się powinno a kiedy się nie powinno tłumaczyć? I w końcu: czy tłumacze oddają spójnikom należny szacunek? Jerzy Jarniewicz w swojej najnowszej książce eseistycznej Trans, czyli transfer, transgresja, translacja nie tylko odpowiada na te pytania, ale stawia też kilka ważnych postulatów, jak choćby formułuje osiem przykazań tłumacza, oraz bez ogródek mówi, na czym polega współpraca z redaktorem i jaki jest jego wkład w proces twórczy. W swojej najnowszej książce skrzącej się humorem, wnikliwej i napisanej z niezwykłą erudycją ten wybitny tłumacz analizuje przekłady dzieł autorów nie tylko anglojęzycznych, w tym Ursuli Le Guin, Adrienne Rich, Alice Oswald czy Franka OHary, ale też na przykład Arystofanesa, Théophilea Gautiera, Konstandinosa Kawafisa i Josifa Brodskiego. Dla wszystkich, którzy zafiksowali się na Jarniewiczowskim kanonicznym rozróżnieniu sprzed lat: na tłumaczy-legislatorów i tłumaczy-ambasadorów, ta książka będzie prawdziwie transującym doświadczeniem. Ewa Rajewska Kiedy mam coś tłumaczyć, słucham własnej intuicji; kiedy mam o przekładzie mówić, czytam Jarniewicza. Marek Bieńczyk
Trylogia siedmiogrodzka (Tom 1). Policzone
Miklós Bánffy
Trylogia siedmiogrodzka to wspaniały fresk, którego tłem są kluczowe wydarzenia na Węgrzech w pierwszych latach XX wieku, aż do roku 1914 i wybuchu Wielkiej Wojny. W swym niezwykłym dziele Miklós Banffy (18731950) pokazał, że klęska narodu nie wynika jedynie z tzw. niesprawiedliwości dziejowej, lecz przed wszystkim z krótkowzrocznej, obliczonej na doraźny zysk polityki. Tytuły poszczególnych tomów, wzięte z węgierskiego tłumaczenia biblijnej przepowiedni upadku Babilonu, oddają apokaliptyczną wizję odchodzącego świata: mane, tekel, fares Policzone, Zważone, Podzielone. W pierwszym tomie losy głównych bohaterów kreślone są w kontekście społecznym i politycznym Austro-Węgier w latach 19041906. Kuzyni Bálint Abády i Laszló Gyerőffy są młodzi, przystojni, wykształceni, a przy tym należą do arystokratycznej elity Siedmiogrodu. Obaj popełniają jednak podobny błąd zakochują się w niewłaściwych kobietach, co mocno komplikuje im przyszłość. Ich życie wypełniają polowania, gra w karty, wyścigi, bale, pojedynki, skandale i romanse, a także próby zarządzania majątkiem. Autor opisuje to wiernie i pieczołowicie, odsłaniając tajemnice klasy społecznej, do której sam przynależy. Miklós Banffy jawi się tutaj jako doskonały obserwator i znawca ludzkich charakterów. Mistrzowsko portretuje naiwnych idealistów, cynicznych karierowiczów czy opętanych namiętnościami słabeuszy reprezentujących różne warstwy społeczne Siedmiogrodu. Jest on również wytrawnym stylistą poetyckie opisy sąsiadują tu z potocznymi frazami bohaterów, opowieść niezauważenie przechodzi w projekcję myśli postaci, humor ściera się z ironią, a subtelność z rubasznością. Trylogia siedmiogrodzka porównywana jest do wielkich narracji Lwa Tołstoja, Josepha Rotha czy Giuseppe Tomasiego di Lampedusy.
Trylogia siedmiogrodzka (Tom 2). Zważone
Miklós Bánffy
Drugi tom Trylogii siedmiogrodzkiej Miklósa Bánffyego pogłębia losy dwóch kuzynów, ukazując w tle świat węgierskiej arystokracji na chwilę przed jej nieuchronnym upadkiem. Hrabia Bálint Abády, idealista i poseł, zostaje zmuszony do rozstania z ukochaną, nieszczęśliwie zamężną Adrienne Milóth. Ich zakazane uczucie pełne tęsknoty i skrywanego bólu napotyka bariery obyczajowe i prawne, a objawy narastającego obłędu jej męża potęgują dramatyzm sytuacji. Bálint zmaga się z konfliktem między życiem publicznym, obowiązkami dziedzica a osobistym cierpieniem. Jednocześnie angażuje się w działania na rzecz ubogiej ludności, także rumuńskiej, wyróżniając się na tle własnej warstwy społecznej poczuciem odpowiedzialności i wrażliwością na krzywdę ludzką cechą rzadko spotykaną wśród arystokracji. Zupełnie inaczej układają się losy jego kuzyna, László Gyerőffyego. Choć obdarzony talentem i wielkimi możliwościami, nie potrafi ich wykorzystać. Hazard i alkohol stopniowo prowadzą go ku życiowej i moralnej ruinie, a kolejne próby ratunku odrzuca z fatalistycznym uporem. Jego upadek staje się przejmującym symbolem dekadencji elity, która trwoni własny potencjał i nie znajduje w sobie siły do odnowy. W tle osobistych dramatów widać nadciągającą wielką historię. Węgierscy politycy, pochłonięci partyjnymi sporami oraz walką z Wiedniem o zachowanie przywilejów i poszerzanie swoich uprawnień, nie dostrzegają narastających napięć społecznych i międzynarodowych. Europa powoli, lecz nieubłaganie zbliża się do wojennej katastrofy. W świecie, w którym liczą się głównie bale, salony i ceremonialne rytuały, coraz wyraźniej pobrzmiewa nuta schyłku elita tańczy, nie zauważając, że znajduje się już na krawędzi przepaści. Zważone to pełen melancholii fresk cywilizacji nieświadomej własnego końca oraz poruszająca opowieść o miłości, słabości i odpowiedzialności w chwili, gdy stary porządek rozpada się na oczach swoich spadkobierców.
Olaf Stapledon
Najwybitniejsza powieść science fiction wszech czasów. Zachwycali się nią Stanisław Lem, Doris Lessing, Arthur C. Clarke, Brian Aldiss, Virginia Woolf czy Jorge Luis Borges. Przeklinał ją C.S. Lewis. Narrator, przytłoczony widmem wojny i upadkiem moralnym ludzkości, wychodzi nocą na pobliskie wzgórze, gdzie spogląda w gwiaździste niebo. Tak rozpoczyna oszałamiającą podróż przez czas i przestrzeń, podczas której poznaje niezliczone cywilizacje Drugich Ludzi i Symbiotyków, Szkarłupników i Nautiloidów, Arachnoidów i Ichtioidów ich dzieje i upadki. Wraz z grupą podobnych do siebie bytów wyrusza na poszukiwanie Twórcy Gwiazd, budowniczego Kosmosu, by poznać odpowiedź na pytanie, czy za powstaniem Wszechświata kryje się miłość, nienawiść czy obojętność. Twórca Gwiazd, napisany w 1937 roku, to zarówno przenikliwy traktat filozoficzny, jak i wybuch nieokiełznanej wyobraźni jednego z najznamienitszych pisarzy XX wieku, który dzięki nowemu przekładowi Macieja Świerkockiego odzyskuje odpowiedni blask.
James Joyce
Najważniejsze dokonanie translatorskie ostatnich lat, uhonorowane Nagrodą Literacką Gdynia 2022 w kategorii Przekład. To wydanie Ulissesa Jamesa Joycea, przygotowane z okazji stulecia pierwodruku, stanowi fundament nowej recepcji dublińskiej epopei w Polsce. Lekturę drugiego polskiego przekładu warto uzupełnić o monografię Łódź Ulissesa, w której Maciej Świerkocki odkrywa kulisy swojej siedmioletniej pracy nad tekstem Joycea. Od premiery najważniejszego dokonania Joycea mięło w 2022 roku sto lat. Jak przystało na arcydzieło, Ulisses obrósł w tym czasie wielką legendą. Mówi się o nim, że to majstersztyk literackiego modernizmu, najdoskonalsza artystycznie powieść, jaką kiedykolwiek napisano, najtrudniejsza w lekturze (i przekładzie) książka świata, księga ksiąg, zawierająca całą wiedzę ludzkości, powieść z kluczem albo powieść szyfr, kryjąca tajemne treści. Niektórzy komentatorzy twierdzą nawet, że literatura przed tym utworem i po nim to dwa odrębne światy. Ulissesa ustawiono więc na piedestale i koturnach, do wtóru łatwo wpadających w ucho opinii o jego elitaryzmie, dlatego wciąż otacza go sława utworu wybitnie nieprzystępnego językowo i erudycyjnie. Owszem, niesie on i takie filozoficzno-dyskursywne cechy czy wartości, jest jednak dziełem otwartym, wielowarstwowym, które da się odbierać również jako realistyczną, tragikomiczną opowieść o zwykłym ludzkim losie, zrozumiałą pod każdą szerokością geograficzną. Lektura dublińskiej epopei to porywająca przygoda intelektualna, choć jednocześnie ludyczna, podobna do tej, jaką okazało się jej tłumaczenie, gdyż powieść tę można czytać również dla rozkoszy czysto estetycznych i emocjonalnych, płynących z obcowania z giętkim, pasjonującym, proteuszowym Słowem, na każdej stronie ustanawiającym własny, zaskakujący, a przez to przyjemny w epistemologicznym kontakcie kosmos elementów znaczących i znaczonych. Drugi polski przekład Ulissesa próbuje zwrócić uwagę i na tę jego epikurejską właściwość w nadziei, że będzie odtąd czytany bardziej jako nadal żywa arcymistrzowska powieść, mniej zaś niczym legenda, dostępna jedynie dla wtajemniczonych. Maciej Świerkocki
W poszukiwaniu utraconego czasu. Sodoma i Gomora
Marcel Proust
Na dziedzińcu stał sobie kwiatek i czekał na trzmiela, który by go zapylił. To się nie mogło wydarzyć, a jednak się wydarzyło. Potem jest już tylko ciekawiej. Proustowski bohater marzy o tym, aby przedstawiono go księciu de Guermantes, a zarazem lęka się, że głośno wypowiedzą jego imię. Swann jest już bardzo chory, więc ustępuje miejsca baronowi de Charlus. To brat diuka de Guermantes gra tu bowiem pierwsze skrzypce, chociaż potrzebuje do tego prawdziwego skrzypka. Bohater po raz drugi odwiedza Balbec, dogłębnie poznając hotelowy personel, a przede wszystkim klan Verdurinów. Spędza coraz więcej czasu z Albertyną, lecz pośród wahań serca powraca też myślami i we śnie do śmierci babki. Podróże po okolicy okraszone są etymologicznymi tyradami profesora Brichota, które sprawiają, że magia imion nabiera nowego znaczenia. A, i jeszcze miłość także cielesna okazuje się nie tak oczywista, jak to się zdawało. I w ogóle wszyscy są tu jakby sobą i zarazem swoją odwrotnością. Świat jest w ciągłym ruchu, niczym lokalna kolejka obwożąca pasażerów po normandzkich plażach. To świat Sodomy i Gomory najbardziej powieściowego, przygodowego tomu Proustowskiego cyklu W poszukiwaniu utraconego czasu. To także tom najbardziej chyba autonomiczny, pozwalający choć wbrew woli autora na lekturę w oderwaniu od pozostałych części. Teraz w nowym przekładzie Tomasza Swobody.
W poszukiwaniu utraconego czasu. Strona Guermantów
Marcel Proust
Tłumaczyć język Prousta znaczy zachować zdania w kształcie, w jakim zostały zamknięte, aby ich bukiet nie zwietrzał. Te konstrukcje przywodzą na myśl impresjonistyczne obrazy i działają w równie zaskakujący sposób. Kiedy w Muzeum dOrsay spojrzymy z bliska na Huśtawkę Augustea Renoira, ujrzymy tylko grę barwnych plam. Szybkie uderzenia pędzla, który zdaje się mieszać farby bezpośrednio na płótnie, zamiast na palecie żadnych konturów, tylko sąsiadujące z sobą odcienie kobaltu, błękitu pruskiego, żółci, szmaragdowej i oliwkowej zieleni. Patrząc z bliska, podziwiamy dzieło sztuki bezkształtnej, art informel. Dopiero z dystansu widać, że niebieskawe fiolety z lewej to pień drzewa, a zgaszone zielenie i żółcie to cienie na białej kobiecej sukni z kokardami, które malarz zaznaczył niedbale rozbieloną ultramaryną. Podobnie zdania Prousta sprawiają, podczas pierwszego czytania, wrażenie abstrakcyjnych konstrukcji. Urzekają oryginalną muzyką, ale ich sens nam umyka i staje się z wolna jaśniejszy przy ponownej lekturze. To naturalne i z całą pewnością celowe zdania autora cyklu W poszukiwaniu utraconego czasu są do wielokrotnego czytania. W jednym z esejów zbioru Przeciwko Sainte-Beuveowi Marcel Proust zaznacza: Piękne książki są napisane jak gdyby w obcym języku. Jacek Giszczak
W poszukiwaniu utraconego czasu (Tom 6). Albertyna odeszła
Marcel Proust
Główną oznaką tego, że Proust nie zdążył dokończyć pracy nad szóstym tomem, jest po prostu nieobecność finału. Gdy spodziewamy się zapowiedzianego parę stron wcześniej wyjazdu narratora w okolicę, w której w pierwszym tomie zaczynała się cała historia, opowieść urywa się nagle w przypadkowym miejscu. W rękopisach Prousta odnaleziono fragment z opowieścią o tym wyjeździe, został więc wklejony jako zakończenie. Ale i w nim brakuje ostatecznej puenty. Jak autor chciał to zakończyć, nigdy się nie dowiemy z tą myślą mieliśmy pozostać. Z posłowia Magdaleny Tulli
W poszukiwaniu utraconego czasu. Uwięziona
Marcel Proust
Nagroda Literatury na Świecie 2024 w kategorii Przekład oraz Nominacja do Nagrody im. Boya-Żeleńskiego 2025 Czytelnicy zaznajomieni z poprzednim tomem cyklu W poszukiwaniu utraconego czasu, czyli z Sodomą i Gomorą, z pewnością dziwili się nierównowadze między obiema stronami: zajmujący całą (choć krótką) pierwszą część tomu esej o Sodomie przelewa się na część drugą, pozostawiając Gomorze stosunkowo niewiele miejsca. Jej czas bowiem nadchodzi dopiero teraz. Tytuł Uwięziona pojawia się zresztą w Proustowskich zapiskach naprzemiennie z innym: Sodoma i Gomora III (obejmującym skądinąd również kolejny tom). W owych zapiskach znajdziemy też planowane tytuły trzech rozdziałów Uwięzionej, będące jej zwięzłym i trafnym streszczeniem: Wspólne życie z Albertyną, Verdurinowie poróżnieni z panem de Charlusem i jeszcze jeden, którego tu nie podamy, żeby nie psuć przyjemności z lektury. Powiemy za to, że to właśnie w Uwięzionej bohater doznaje artystycznego objawienia, słuchając septetu Vinteuila, to tutaj rozprawia o sukniach od Fortunyego, o Wenecji i Dostojewskim, i to tutaj pojawia się imię Marcel. Przede wszystkim jednak patrzy na śpiącą Albertynę, więzi ją, a tym samym samego siebie, i oddaje się swojej największej pasji: zazdrości. Tekst niniejszego tomu opiera się na nowej edycji powieści, uwzględniającej Proustowskie poprawki i potknięcia usuwane przez pierwszych wydawców. Podajemy go, oczywiście, w nowym przekładzie.
Zdania, glosy, destylaty. Drugie szkice o przekładzie
Tomasz Swoboda
Bo tu naprawdę chodzi o drobiazgi. Ale tak zasadnicze, tak ważne i poważne, że trzeba je było zebrać, zestawić i ustawić. Dzięki temu taka nadzieja przyświecała autorowi mogą się nawzajem oświetlać i uwyraźniać, choć niekiedy też zaciemniać, a nawet podważać i podawać w wątpliwość. Wynika to ze stojącej za tymi szkicami koncepcji przekładu; a mówiąc konkretniej przekładowej roboty. Materialistycznej, ale nie językoznawczej. Praktycznej, a nie przekładoznawczej. Znawstwo w ogóle nie ma tu chyba wstępu. Wpuszcza się raczej skompromitowany skądinąd więc excusez le mot smak. Dlatego destylaty. Ale książka rości sobie też, rzecz jasna, pretensje do naukowości. Tam, gdzie się da, fakty są niezbite, a dane sprawdzone. Pomieszczone tu uwagi mają często charakter skromnych, ale jakże uczonych dopisków do dużych dzieł i małych dziełek; mówiąc konkretniej do przekładowej roboty. Stąd glosy. No i zdania największe jednostki gramatyczne języka. W tłumaczeniu tak wielkie, że rozgrywają się w nich niekończące się historie, decydują się niemal losy tego osobliwego świata, jakim jest literatura. Znajdzie się też coś dla miłośników literackich skandali. To szkice z krytyki przekładu, więc niektóre dokonania się tu krytykuje; bywa, że gani; jeszcze inne głaszcze, ale pod włos. Ale to prawdziwe szkice z krytyki przekładu, więc głównie czyta się tu po prostu literaturę, opowiada o niej z miłością i zdziwieniem, bo jedno bez drugiego nie może. A szkice są drugie, bo wcześniej, dekadę temu, były pierwsze. Nie wiadomo, czy będą trzecie.
Krzysztof Bartnicki
Krzysztof Bartnicki z wprawą alchemika łączy konwencje, tworząc mieszankę antycznej tragedii Edypa, kryminału od Christie czy Chandlera, twardego SF oraz opowieści osadzonej w PRL-u, gdzieś między epidemią ospy (1963) a końcem polskiego programu termojądrowego i początkiem zimy stulecia (1978). Usadowiona w opolskim urzędzie wojewódzkim tajna jednostka, udająca Oddział Dewizowo-Paszportowy (Odep), mierzy się z wyzwaniami rzeczywistości: inwazją czasu, nieuchronnością przyszłości, utratą pamięci. Działa przy tym w atmosferze Kafkowskiej niepewności, bez wiedzy i wskazówek, co robić, dlaczego oraz kiedy. Bartnicki wplata w fabułę doniesienia fizyki na temat losu człowieka, życia, ustrojów, kosmosu słowem: wszystkiego. Zespół Odepato literacka uczta dla miłośników kryminału, narracji szkatułkowych i odważnych reinterpretacji klasyki. Bartnicki, ten trikster polszczyzny, demiurg literatury? Po tym, jak przetworzył prozę Joycea na partyturę muzyczną, a pieśniom Kochanowskiego nadał raperski sznyt, by następnie (muszę się streszczać) orkadzkie wiersze SF oddać w neo-paleo-polszczyźnie łużycko-pomorskiej, wydawało mi się, że Bartnicki niczym mnie już nie zaskoczy. Jak bardzo się myliłem Jerzy Jarniewicz
Eduardo Antonio Parra
Dziesięć opowiadań, z których każde zapada w pamięć. Stara kobieta dzień w dzień spogląda na drugi brzeg Río Bravo, na którym lata temu przepadł bez śladu jej mąż. Sfrustrowany dziennikarz męczy się nad artykułem o parze zamordowanych włóczęgów. Brutalni policjanci pakują do samochodu pracującą na ulicy trans-kobietę. Mieszkańcy małej wioski w górach dokonują cyklicznych samosądów. Do nocnego baru wkracza zagadkowa para, a powietrze wokół zaczyna skrzyć się erotyką. Z takich właśnie sytuacji Parra wysnuwa swoje opowiadania: gęste, intensywne, czasem lepkie od potu, czasem duszące jak pustynny wichura, mocne, przejmujące, wstrząsające. Drugi po polsku tom tekstów wybitnego meksykańskiego nowelisty potwierdza, że mamy do czynienia z literaturą naprawdę wyjątkową.