Wyniki wyszukiwania
Obywatelka. Amerykańska liryka
Claudia Rankine
Niezwykła książka jamajsko-amerykańskiej autorki sytuuje się na pograniczu gatunków. Obywatelka jako pierwsza w historii była nominowana do National Book Critic Circle Award równocześnie w dwóch kategoriach: poezji i krytyki, i ostatecznie zdobyła nagrodę w kategorii poezji. Claudia Rankine łączy elementy prozy poetyckiej, reprodukcje dzieł sztuki i fotografie, cytaty i dokumenty oraz quasi-scenariusze filmowe, tworząc w ten sposób oryginalną i ekspresyjną formę poetycko-wizualnego kolażu. Autorka oddaje doświadczenie Czarnych w Stanach Zjednoczonych w sposób intymny, a zarazem czerpie z metod dokumentalnych, łącząc wymiar jednostkowy i zbiorowy. Opowiada zarówno o przejawach mikroagresji, jak i otwartej przemocy, które zapisują się w ciele. Drugoosobowa narracja tworzy atmosferę bezpośredniości i zbliżenia, a ostateczny efekt rodzi się z kumulacji chłodnych, niemal beznamiętnych zapisków sporządzonych surowym, choć pełnym pogłosów stylem. Realność i fizykalność doświadczenia u Rankine nabiera wymiaru metafizycznego.
Eliot Weinberger
Wybór esejów amerykańskiego pisarza, erudyty, tłumacza z chińskiego i hiszpańskiego, znawcy wielu kultur nieeuropejskich, pozwala zanurzyć się w świecie poezji, mitów i przypowieści. Weinberger łączy fragmenty historycznych ksiąg, apokryfów, wierzeń, legend i zapisków dawnych podróżników, by stworzyć zadziwiający, wielobarwny kolaż. Ruchem konika szachowego przenosimy się wraz z nim między kontynentami i epokami, od średniowiecznych Chin, Indii i Japonii po szesnastowieczną Islandię i dziewiętnastowieczną Anglię. Poznajemy mniej i bardziej niecodzienne obyczaje, badamy pochodzenie koloru niebieskiego, czytamy sny, podziwiamy urodę i zmyślność innych istot: pomarańczę jako smutek zbrukanego kwiecia, rozpisany na chór świergot ptaków, symbolikę brzęczenia pszczół. Lektura tekstów Weinbergera to niepodobna do innych medytacja nad niezwykłością świata.
Nikt nie zna mojego imienia. Dalsze zapiski syna tego kraju
James Baldwin
Tom esejów, w których James Baldwin mierzy się z kwestiami amerykańskiego rasizmu, afroamerykańskiej i amerykańskiej tożsamości, nierówności społecznych i w których wiele miejsca poświęca roli pisarza. Opowiada o Harlemie po swoim powrocie z Paryża i o podróży na amerykańskie Południe, kiedy wybuchała tam właśnie walka o równouprawnienie w szkołach. Relacjonuje paryski kongres czarnych pisarzy i artystów z 1956 roku, w którym wziął udział. Wdaje się w literackie polemiki, pisze krytycznie o Andre Gidzie i Williamie Faulknerze, kreśli portret Richarda Wrighta, starszego o pokolenie afroamerykańskiego autora, będącego najpierw jego mistrzem, a potem antagonistą. Barwnie przedstawia wieloletnią i pełną napięć przyjaźń z Normanem Mailerem. Teksty, zróżnicowane formalnie: jedne mają charakter intelektualnej spekulacji lub reminiscencji, a inne są podobne do reporterskich zapisków, dają interesujący wgląd w życie literackie lat pięćdziesiątych i atmosferę ówczesnych debat. Jak zawsze u Baldwina, na pierwszy plan wysuwa się jego własna postawa - osoby zaangażowanej, ale i samokrytycznej, niebojącej się dzielić swoimi wątpliwościami i wahaniami, próbującej opisywać rzeczy w ich złożoności, nieustannie negocjującej swój status Amerykanina.
Droga przez łąkę. Sześć esejów o przestrzeni
Zofia Król
Książka Zofii Król wzięła się z tęsknoty. Tęsknoty za pewnym miejscem, ale i za samym doświadczaniem przestrzeni. To wielowątkowa opowieść o tym, w jaki sposób nawiązujemy relację z trójwymiarem, oswajamy go, a potem przekładamy te doznania na język literatury, malarstwa, filozofii. Autorka przygląda się tekstom, mapom i obrazom, śledzi wędrówki współczesnych artystek, zamyśla się nad kondycją marzącej o wejściu w widok podmiotki. Jednocześnie sama podróżuje w czasie i przestrzeni, przenosząc się płynnie z pagórków południowej Anglii końca XVIII wieku, gdzie przypatruje się pewnej poziomce, na zalane słońcem XV-wieczne burgundzkie uliczki, z dzikich stoków Garganów - na dziewiąte piętro pewnego warszawskiego wieżowca i na szczyt prowansalskiej Góry świętej Wiktorii, skąd roztacza się niezwykły widok. Przewodniczkami w tej podróży są pisarki i pisarze - Wordsworthowie, Haupt, Białoszewski, Miłobędzka, Lebda, malarze - van Eyck, Cezanne, Hockney, filozofowie - Merleau-Ponty czy Berleant, oraz ktoś jeszcze - pomarańczowy ludzik Google Maps. Autorka odsłania również złożoność wirtualnych i zapośredniczonych form doświadczania przestrzeni, odwołuje się przy tym do prac artystów, którzy wykorzystują ich potencjał. Ta oryginalna - erudycyjna, a przy tym napisana z lekkością - książka przychodzi do nas w momencie, kiedy zwykłe czynności, takie jak gapienie się za okno, a nie w ekran telefonu, czy bezinteresowne włóczęgi zyskują status czegoś zupełnie wyjątkowego. Unikając utartych ścieżek i ustalonych schematów myślenia o przestrzeni, autorka proponuje nam własną, osobną o niej opowieść, zachęcając zarazem do uważności i doznawania wszystkimi zmysłami.
Mięśnie mam od miłości. O macierzyństwie
Paulina Małochleb
To nie jest książka o macierzyństwie rozumianym jako doświadczenie prywatne ani o rodzinie pojmowanej jako bezpieczna enklawa. To książka o wstydzie będącym narzędziem kontroli oraz o pracy, która nie ma nazwy, choć podtrzymuje całe życie społeczne. To także opowieść o rodzinie pozostawionej samej sobie przez państwo, za to doskonale obsługiwanej przez rynek. O ciele - rodzącym, karmiącym, zmęczonym, pozbawionym wzniosłości, za to uwikłanym w codzienną przemoc norm, estetyk i oczekiwań. Autorka opisuje macierzyństwo jako nieustanny występ - rozgrywający się w przychodniach, szkołach, na ulicy i w domach - podczas którego kobiety mają być jednocześnie czułe i wymagające, kompetentne i bez roszczeń, obecne, ale niewidzialne. Pokazuje, jak instytucje, język i obyczaj uczą je zarządzać emocjami, tłumić gniew i wstyd, żeby system mógł działać bez zakłóceń. Ostatecznie jednak Paulina Małochleb opowiada przede wszystkim o miłości - uczuciu, które przesłaniają grube warstwy zmęczenia i dla którego brakuje języka. Żeby się do niego dobrać, trzeba szukać w literaturze, w sztuce, we własnych wspomnieniach - aż napotka się małą spoconą dłoń. Dotyk, który zakotwicza. Paulina Małochleb otwiera egzystencję macierzyńskim kluczem. Szturcha mnie ta opowieść, trudno ją zapomnieć. Dźwiga ją język, muskularny i migotliwy, do podziwu. Zyta Rudzka
Zapomniane. W poszukiwaniu ukrytych miejsc i zaginionych pomników przeszłości w Palestynie
Raja Shehadeh, Penny Johnson
Autorzy książki zabierają nas w podróż po obecnej i historycznej Palestynie. Krążymy wraz z nimi ulicami Nablusu, Jerozolimy i Jafy. Natykając się na przeszkody i checkpointy, docieramy do rezerwatu przyrody Gamla na okupowanych Wzgórzach Golan i nad brzeg wysychającego Morza Martwego. Zwiedzamy nierzucające się w oczy mauzolea, szukamy śladów wymazanych z mapy wiosek, upamiętnień Nakby i grobów wielkich palestyńskich poetów - Mahmuda Darwisza i Raszida Husajna. Poruszając się po tej coraz bardziej ograniczonej dla Palestyńczyków przestrzeni, przemierzamy całe epoki - od czasów starożytnych po współczesność. Raja Shehadeh i Penny Johnson próbują odtworzyć utracone połączenia: "Niektóre z tych połączeń - piszą - zerwały się wieki temu, ale wciąż przypominają czasy, gdy w naszym regionie krzyżowały się szlaki pielgrzymów, poszukiwaczy przygód i kupców od Bagdadu i Stambułu po Hajfę i Akkę. Inne giną w wirze teraźniejszych spraw, takich jak choćby kategoryczna odmowa uznania Nakby przez Izrael. O dawniejszych czasach szepczą ruiny, na przykład pozostałości architektury bizantyjskiej w At-Tirze, dzielnicy naszego miasta, Ramallah, czy skomplikowane systemy nawadniające z epoki brązu i żelaza oraz piwnice do przechowywania wina odkryte przez archeologów na zboczu wzgórza w pobliżu wioski Dżib, której nazwę nosi dziś izraelski posterunek. Warstwy ludów i cywilizacji - warto pielęgnować pamięć o nich, a nie sprowadzać jej do jednej prostej historii". Ta piękna i melancholijna książka jest próbą ocalenia pamięci o miejscach i zamieszkujących je ludziach. Jest też gestem oporu wobec izraelskiej okupacji, która chce usunąć Palestyńczyków z ziemi między Rzeką a Morzem i wymazać ich historię.
Mięśnie mam od miłości. O macierzyństwie
Paulina Małochleb
To nie jest książka o macierzyństwie rozumianym jako doświadczenie prywatne ani o rodzinie pojmowanej jako bezpieczna enklawa. To książka o wstydzie będącym narzędziem kontroli oraz o pracy, która nie ma nazwy, choć podtrzymuje całe życie społeczne. To także opowieść o rodzinie pozostawionej samej sobie przez państwo, za to doskonale obsługiwanej przez rynek. O ciele - rodzącym, karmiącym, zmęczonym, pozbawionym wzniosłości, za to uwikłanym w codzienną przemoc norm, estetyk i oczekiwań. Autorka opisuje macierzyństwo jako nieustanny występ - rozgrywający się w przychodniach, szkołach, na ulicy i w domach - podczas którego kobiety mają być jednocześnie czułe i wymagające, kompetentne i bez roszczeń, obecne, ale niewidzialne. Pokazuje, jak instytucje, język i obyczaj uczą je zarządzać emocjami, tłumić gniew i wstyd, żeby system mógł działać bez zakłóceń. Ostatecznie jednak Paulina Małochleb opowiada przede wszystkim o miłości - uczuciu, które przesłaniają grube warstwy zmęczenia i dla którego brakuje języka. Żeby się do niego dobrać, trzeba szukać w literaturze, w sztuce, we własnych wspomnieniach - aż napotka się małą spoconą dłoń. Dotyk, który zakotwicza.
Niedaleko pada granat od jabłoni
Agnieszka Dauksza
"Lina trzymała Ewę kurczowo, na wypadek, gdyby ktoś próbował ją wyrwać. Ale ani sekundy się nie wahała. Szła z brzegu kolumny. Wyciągnęła ręce, paliły mięśnie. Napięła je, rzuciła dziecko, jak najdalej, ponad płotem, między jabłonki. Zaczęło płakać. Więcej nie słyszała, szli jak nakręceni, nikt nie zwrócił uwagi. Chyba nikt". Bohaterkę tej książki napędza zew przetrwania i tęsknota za córką. Czy dziecko, które po wojnie odnalazła w sierocińcu, było tamtą dziewczynką? Dlaczego zgodziła się, by adoptowało je małżeństwo Tuwimów? Gdy pół wieku później dochodzi wreszcie do spotkania obu kobiet, nadal nie ma pewności, kim dla siebie są. Czy opowieść może to wyjaśnić? Agnieszka Dauksza z precyzją i literackim kunsztem pisze o uwikłaniu postaci w strategie przetrwania, asymilacji i awansu. Docieka, co w ich losach jest najbardziej prawdopodobne, zestawia sprzeczne racje, nie rozstrzyga cudzych i własnych wątpliwości. Pyta, jak określać status pogubionych dzieci i matek, jak mówić o osobach bez pochodzenia, o ludziach rozbitkach. Które więzy są ważniejsze: z krwi czy z wyboru? I ile granic trzeba przekroczyć, by miejsce urodzenia odczuwać jako własne? Im bardziej poddajemy się rytmowi tej obłędnej pod wieloma względami opowieści, tym wyraźniej widzimy, jak jednostkowe losy przeradzają się w przypowieść o niepewności. Autorka subtelnie wykorzystuje różne konwencje - literatury faktu, eseju, prozy poetyckiej - by stworzyć tekst podający w wątpliwość pewniki historyczne i biograficzne, skłaniający do czujności wobec formy, która zwodzi. Z pewnością jednak przynajmniej w jednym można zaufać Linie Fischman: "Słowa kłamią albo wszystko było kłamstwem".